Veřejná sbírka

Pomáhat může každý, i ty.

Biskup na linii frontu - rozhovor Gość.pl

Większa część mojej diecezji jest kontrolowana przez islamistów. Z niektórych parafii musieli uciekać księża i siostry, bo islamscy rebelianci grozili im śmiercią. Tam naprawdę jest bardzo niebezpiecznie – mówi bp Tadeusz Kusy w rozmowie z Beatą Zajączkowską.

Niedawno został Ojciec biskupem, ale święcenia biskupie nie mogły odbyć się na terenie diecezji, w której Ojciec pracuje…

Bp Tadeusz Kusy: Odbyły się w stołecznym Bangi ze względu na bardzo napiętą sytuację na terenie diecezji Kaga-Bandoro, gdzie zostałem biskupem. Nie było mowy, by w uroczystości mogli uczestniczyć moi najbliżsi i przyjaciele, misjonarze z innych części kraju czy nawet wierni diecezji. Zebranie w jednym miejscu dużej liczby katolików mogłoby mieć tragiczne konsekwencje. W najlepszym ze scenariuszy zostalibyśmy napadnięci w celach rabunkowych, same samochody stanowią już dla islamistów ważny łup. Moja diecezja znajduje się niejako na linii frontu – podziału między siłami rebeliantów muzułmańskich z grupy Seleka i innymi miejscowymi grupami zbrojnymi samoobrony, tzw. Antybalaka.

To nie będzie łatwa posługa biskupia…

Bp Tadeusz Kusy: Nie będzie łatwo. Ale kiedy 26 lat temu przyjechaliśmy do Republiki Środkowoafrykańskiej na zaproszenie holenderskiego biskupa, też nie było łatwo. Mieliśmy iść tam, gdzie inni nie chcieli jechać. Na rubieże diecezji, na tereny odległe i zapomniane. Pięć dni samochodem do stolicy. Wielu się dziwiło, że na to się zgodziliśmy. A my, franciszkanie, chcieliśmy odbudować tu Kościół, przynieść mu siłę przez nasz charyzmat braterstwa. Teraz w RŚA braterstwo jest najważniejsze. Obecna wojna sprawiła, że pękła wielowiekowa jedność między ludźmi w dzielnicach, wioskach. I konsekwencje tego są straszne. Nasz kraj przeżywał wiele przewrotów, ale jeszcze nigdy nie był tak mocno podzielony, nigdy tak głęboko nie upadł jak teraz.

Jak siać „pokój i dobro”, gdy w sercach ludzi dominuje chęć zemsty?

Bp Tadeusz Kusy: Musimy zacząć od odbudowania dobra w nas samych, żeby nie dać się ponieść złu. Nie będzie to łatwe, ale chcę umacniać poszczególne wspólnoty. Trzy parafie na terenie mojej diecezji są opuszczone. Księża tam pracujący i siostry musieli wyjechać z powodu gróźb ze strony islamskich rebeliantów. Księża docierają do wiernych co jakiś czas, ale jest tam naprawdę bardzo niebezpiecznie. Do tego, co było wcześniej, po tym, co przeszliśmy w ciągu ostatnich miesięcy, nie da się już wrócić. Ludzie na terenie mojej diecezji to w zdecydowanej większości nie członkowie grup zbrojnych, tylko spokojni wieśniacy, którzy chcą pracować, by zapewnić rodzinom w miarę godny byt i żyć w spokoju. W tych dniach będziemy przeżywać rekolekcje i czas przygotowania nowego programu duszpasterskiego. Będę mówił o pojednaniu, sprawiedliwości i pokoju, a potem o radości głoszenia Ewangelii. Jest to moja propozycja szukania ścieżek do drugiego człowieka.

Fundamentaliści zagarniają kolejne kraje, dążąc do utworzenia potężnego Państwa Islamskiego. U Was też działają?

Bp Tadeusz Kusy: W naszym kraju realizowana jest strategia programowego podążania islamu w głąb Afryki. Wykorzystywane są do tego lokalne napięcia, jak choćby niezadowolenie ludzi ze sposobu, w jaki byli traktowani przez władze centralne, które o pewnych terenach zupełnie zapomniały. To przemyślana, odgórnie sterowana polityka islamizacji. W RŚA mamy do czynienia nie tylko z niezadowoloną opozycją, ale i z siłami zewnętrznymi, które wyrządziły bardzo wiele zła. Oddziały samoobrony, w których są także chrześcijanie, powstały, ponieważ ludzie mieli już po prostu dość. Już wcześniej zdarzało się, że uzbrojeni ludzie z Czadu czy Sudanu tratowali ludziom pola czy zabierali bydło, potem przyszła jeszcze gorsza przemoc. W najgorszym momencie tej wojny, czyli w grudniu 2013 r., jedna czwarta mieszkańców kraju została zmuszona do porzucenia swych domów i do ucieczki. Dzieci nie chodzą do szkoły, nie ma żadnych służb medycznych i sanitarnych, szerzą się choroby, panuje głód. W stolicy kraju Bangi wciąż jest kilkaset tysięcy uciekinierów, którzy nie wrócili do swych domów, bo jest niebezpiecznie, wiele domów jest zniszczonych, inne zostały zagarnięte przez muzułmańskie bojówki. Ludzie nie mają do czego wrócić. Schronili się na lotnisku, w kościołach, parafiach, przy wspólnotach zakonnych, bo tam dostają pomoc i czują się też bezpieczniej. Tak jest we wszystkich większych miastach.

Coraz głośniej mówi się o rozpadzie Republiki Środkowoafrykańskiej na muzułmańską Północ i chrześcijańskie Południe. Czy to realny scenariusz?

Bp Tadeusz Kusy: To pomysł obalonego niedawno przywódcy rebelii Michela Djotodii, który dokonał przewrotu zbrojnego i wywołał obecną wojnę. Już w 2010 r. ukazał się dokument, w którym pisał: „Z waszą pomocą, bracia muzułmańscy z terenu Darfuru, Czadu i północnej części RŚA, zrobimy sobie swoje państwo islamskie”. Ale de facto ten podział już istnieje. Kalifat nie został ogłoszony, ale praktycznie połowa kraju jest w posiadaniu i zarządzaniu muzułmanów. Nie ma tam ani jednego wojewody, burmistrza czy starosty wysłanego przez rząd, bo on ma władzę tylko w stolicy. Na Północy wszyscy są mianowani przez rebeliantów. Organizują życie według własnego widzimisię, często bardzo uciskając miejscowwą ludność. Większa część mojej diecezji jest kontrolowana przez islamistów. Najbliższy swój zjazd zamierzają zorganizować w Kaga-Bandoro, w stolicy diecezji, czyli u mnie… Proponowany podział nie odpowiada jednak zupełnie historycznemu rozmieszczeniu muzułmanów. Zajmowali się oni głównie handlem i mieszkali na Południu, bo tam były trakty handlowe i duże miasta. Teraz chcą Północy, bo tam znajdują się największe złoża ropy i innych bogactw naturalnych. Muzułmanie stanowią u nas maksymalnie 12 proc. populacji, a chrześcijanie 70 proc. Więc nawet z tego punktu widzenia proponowany podział jest niesprawiedliwy i nie do zaakceptowania.

W RŚA właśnie rozpoczęła swą działalność misja pokojowa wysłana przez Radę Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych. Jej obecność daje większe nadzieje na zaprowadzenie pokoju?

Bp Tadeusz Kusy: Chcielibyśmy, aby tak się stało, ale nauczeni doświadczeniem innych państw afrykańskich obawiamy się, że będzie to bardzo trudne do wykonania. Wcześniej przybyły wojska francuskie i afrykańskie siły pokojowe, a w stolicy muzułmanie i tak dokonali krwawego zamachu na uciekinierów przy kościele Matki Bożej Fatimskiej. To było niedaleko nas. Słyszeliśmy strzały. Ludzie opowiadali później, że nie było wsparcia pokojowych sił afrykańskich, które niedaleko stacjonowały. Pozwolono na to, co się wydarzyło. Często słyszę, jak ludzie mówią, że to nie siły pokojowe, które też oczywiście są potrzebne, mają odbudować nasz kraj, ale my sami. Zniszczenia materialne da się szybko naprawić, i tak robiliśmy już wielokrotnie w ciągu minionych lat. Na odbudowę utraconych więzi potrzeba jednak 10, 20 lat, a może nawet całego pokolenia. Jest ogromne zaangażowanie różnego rodzaju pomocowych organizacji międzynarodowych i ta pomoc jest konieczna. Ale jednocześnie mamy świadomość, że gdy za długo pomaga się ludziom, przestają oni być zdolni do samodzielnego działania, do brania przyszłości w swoje ręce. A przecież od tej aktywności zależy pokojowa przyszłość naszego kraju.

Nieraz można usłyszeć zarzut, że w Afryce toczy się wiele wojen, ponieważ chrześcijaństwo jest tam bardzo powierzchowne…

Bp Tadeusz Kusy: Pewnie w niektórych sytuacjach jest to prawda. Zewnętrzne przeżywanie wiary jest bardzo mocne, brakuje jednak wystarczającego przełożenia na życie. Ale to ma miejsce i w Europie. Prosty przykład od nas z parafii. W czasie kontroli, jakie przeprowadza samoobrona na drogach, jeden z mężczyzn powiedział: „Teraz jesteśmy dla diabła, do Pana Jezusa wrócimy później. Teraz jest czas, kiedy musimy mówić złem i przemocą”. Powiedział to do księdza ktoś, kto był ochrzczony. Czyli ma świadomość, że złu się oddaje. To pokazuje, że nasza ewangelizacja powinna iść w kierunku pogłębienia wiary i zrozumienia, że jeśli żyjemy z Bogiem i dla Boga, to mamy żyć jak bracia i siostry. Tego w naszym kraju bardzo brakuje. Ale jest też wiele rodzin żyjących Ewangelią i zarażających nią innych. Zgadzają się nawet na to, by cierpieć, ale nie przyłożyć ręki do złego. Znalazły się osoby, które przyjęły i chroniły muzułmanów. Nasza parafia była takim schronieniem, jak to się mówiło biblijnie: miastem ucieczki, i naprawdę bardzo wielu ludzi z terenów zagrożonych uciekało do nas, ażeby się schronić. Katolicy z narażeniem życia przyjmowali muzułmanów poszukiwanych przez rebeliantów. U nas w klasztorze też przechowywaliśmy rodziny muzułmańskie. Ludzie potrafili nie tylko mówić o pojednaniu, ale otworzyć swój dom, narazić na niebezpieczeństwo swe rodziny, aby ocalić niewinnych ludzi. Dla Afrykanów bogactwem są relacje, nieszczęściem jest zostać samym. Skarbem jest wciąż rodzina. Dlatego musimy dążyć do odbudowania relacji i podeptanego braterstwa.

Tříkrálová sbírka 2019
Podpořte nás
 

KLUB PŘÁTEL CHARITY JABLUNKOV

 
 

Podpořte nás, když nakupujete!

 

Přidali jsme se do projektu GIVT.cz. Pokud nakupujete na internetu – od svetru, přes parfém, televizor, dovolenou a nebo si objednáváte jídlo domů – můžete nám pomoci.